Wyższy standard skuteczności
Blog
Informacje z branży i życia firmy
Wybierz dziedzinę

Pozycjonowanie w walce z rozpraszaczami - jak nie zabłądzić w internecie?

Opublikowano: 25-07-2018
Czas potrzebny do przeczytania: 4:10 min

Chciałeś tylko znaleźć potrzebne informacje, a chwilę później zdałeś sobie sprawę, że czytasz już artykuł o czymś zupełnie innym lub oglądasz filmik z fikającymi koziołki misiami panda. Komu z nas nie przydarzyła się taka sytuacja? W internecie bardzo łatwo jest zabłądzić i zejść na manowce. Jak się jednak okazuje, wcale nie jest to dzieło przypadku, a celowe działanie ekspertów od sieciowego marketingu.


Grunt to wiedzieć, jak zwabić



W książce „Alicja w Krainie Czarów” główna bohaterka, mając świadomość tego, że może się to dla niej źle skończyć, nie oparła się ciasteczkom z napisem „Zjedz mnie”. Tak właśnie działa siła sugestii. Dość dobrze obrazuje ją model AIDA, znany  wszystkim osobom realizującym się w branży reklamowej.
Jego nazwa jest akronimem, który powstał od angielskich słów:

A – ATTENTION (czyli uwaga)

I – INTEREST (zainteresowanie)

D – DESIRE (chęć posiadania, pożądanie)

A – ACTION (akcja, zazwyczaj zakup)


Schemat jest prosty: żeby potencjalny odbiorca coś kupił trzeba wzbudzić w nim poczucie potrzeby, ale najpierw trzeba jakoś do niego dotrzeć. Chociaż cały model odnosi się głównie do działań reklamowych, jego dwa pierwsze podpunkty, czyli przyciągnięcie uwagi i wywołanie u odbiorcy zainteresowania są głównym celem także i internetowych twórców. Sposobów jest wiele. Chwytliwe nagłówki (tzw. clickbaity) i atrakcyjne zdjęcia można wymienić jako te najprostsze. W końcu, kto by się nie oparł poznaniu sekretu idealnej figury gwiazdy znanej z pierwszych stron gazet lub też fotografiom uroczych zakątków z drugiej półkuli?

Nieco bardziej zaawansowane mechanizmy bazują na naszej historii wyszukiwania oraz przeglądanych wcześniej stron, dzięki czemu „wiedzą” jakie treści nam podsunąć. To, że oferta biura podróży wyświetliła się nam zaraz po tym, jak obejrzeliśmy galerię zdjęć z Lazurowego Wybrzeża nie jest wcale dowodem działania opatrzności, a jedynie odpowiednich algorytmów wyszukiwarki.


W uśmiechniętej pułapce



Skuteczność tego typu działań jest niewątpliwa. Są wyświetlenia, są kliknięcia, misja zakończona. Czy jednak taka taktyka jest dla wszystkich pożytkiem? Dla użytkowników z pewnością nie. Tego typu rozpraszacze na ogół sprawiają, że nasze skupienie nieuchronnie się ulatnia i coraz dalej jesteśmy od początkowo obranego celu. Nasz mózg, chociaż cudowny, jest niestety podatny takie przynęty. Jeżeli na przykład czytany przez nas artykuł podsumowany będzie zabawnym memem albo GIF-em to właśnie obrazek zostanie przez nas najlepiej zapamiętany z całej lektury. Informacje szybko zapomnimy, co sprawi, że my stracimy czas na ponowne czytanie, a strona zyska kolejną odsłonę.


 Na usta ciśnie się także powiedzenie o krowie, która dużo ryczy, a mało mleka daje: często treści do których kierują nas chwytliwe nagłówki są wątpliwej jakości, niewiele mają wspólnego z sugerowanym tematem lub prowadzą wprost do natrętnych treści reklamowych. Zadaniem podsuwanych użytkownikowi treści jest upewnienie się, ze w nie kliknie, a nie poszerzanie jego wiedzy czy wyprowadzanie go z błędu.

Warto wspomnieć, że taka strategia, chociaż bywa skuteczna, może odbić się przysłowiową czkawką także twórcom. Nadmiar niczego nie wnoszących elementów może nie tylko negatywnie wpływać na rozpoznawalność danego brandu, ale także zniechęcać potencjalnego odbiorcę – w końcu wszyscy wiemy, że co za dużo, to niezdrowo.


Jak uniknąć pułapek?



Czy jest jakaś recepta, by oprzeć się tym pozornie nieszkodliwym bzdurkom? Z punktu widzenia użytkownika ciężko to określić.
Część z tych mechanizmów rozgrywa się daleko poza naszym zasięgiem i można jedynie ćwiczyć silną wolę i trenować skupienie. Są jednak środki, które pozwalają twórcom dotrzeć do swoich odbiorców, bez uciekania się do tanich chwytów. Wymienić wystarczy pozycjonowanie, które chociaż wymaga czasu i sporej pracy, pozwala na dostarczenie użytkownikom czytelnego i wartościowego contentu dokładnie wtedy, kiedy go potrzebują. Bez długotrwałego wyszukiwania, podejrzanych linków i ukrywania się za clickbaitami.


Podsumowanie



Trudno przewidywać, jak długo jeszcze zalewanie użytkowników natłokiem bzdetnych treści będzie standardową polityką w internetowym marketingu, nie warto jednak także demonizować. Wrzucony na stronę pojedynczy GIF nie wyrządzi nam przecież krzywdy, a wręcz przeciwnie pokaże nasz dystans, poczucie humoru. Ważne jest, aby ani nas, ani naszych przyszłych odbiorców nie odrywał od najważniejszego – solidnie przygotowanej, przystępnej i dobrze pozycjonowanej treści.



Źródła:Nowy Marketing; doświadczenie własne

Autor
Michał Maćkiewicz
Ocena artykułu
4.43 - (7 głosów)
Komentarze
Dodaj komentarz
Ostrzeżenie: Uwaga na firmę o podobnej nazwie! Więcej...
Zapoznałem się